Wyspy szczęśliwe, żółte okulary i dwójka dzieci, która nigdy nie jest głodna

Są miejsca, które widzisz na zdjęciach innych ludzi i myślisz: „no tak, ładne, ale pewnie przesadzone". A potem trafiasz tam sam, stajesz na krawędzi klifu z wiatrem we włosach i Atlantykiem rozlanym po horyzont, i rozumiesz, że żadne zdjęcie — nawet to najlepiej skadrowane — nie jest w stanie oddać tego, co czujesz w klatce piersiowej. Teneryfę mieliśmy z Renatą na liście od dawna. W końcu przestaliśmy gadać, a zaczęliśmy pakować walizki. Aurelka i Tymek, jak to dzieci, interesowali się głównie tym, czy będzie basen i czy można zabrać ze sobą poduszkę z domu.
Można było.
Pierwsze selfie zrobiliśmy gdzieś na północnym wybrzeżu wyspy, na jednym z punktów widokowych, które na La Palma trafiają się co kilkaset metrów, jakby wyspa chciała ci powiedzieć: „zatrzymaj się, popatrz, jestem piękna i wiem o tym". Zielone klify opadające stromo do granatowej wody, kaktusowe opuncje przyczepiające się do skał niczym ktoś, kto odmawia przyznania, że sytuacja jest beznadziejna, i ocean — ten konkretny, głęboki, atlantycki, nie śródziemnomorski staw, do którego przyzwyczaiły nas urlopy w Chorwacji. To jest prawdziwy ocean. Czuć to w kolorze wody i w tym, jak horyzontalnie rozciąga się przed tobą nieskończoność.
Moje żółte okulary, które Renata od miesięcy próbuje wyrzucić, znów okazały się niezastąpione. Chronią nie tylko przed słońcem, ale też przed sceptycznym wzrokiem małżonki — co przy ostrej kanaryjskiej ekspozycji jest wartością nie do przecenienia.
La Palmę zwykło się szufladkować jako wyspę dla turystów w poszukiwaniu słońca i all-inclusive, i owszem — południe wyspy, okolice Playa de las Américas, potrafi przypominać wakacyjną fabrykę w trybie pełnej przepustowości. Ale wystarczy przejechać na północ albo w głąb lądu, żeby zrozumieć, że ta wyspa ma co najmniej dwie twarze i obie są warte poznania. Północna La Plma jest zielona, wilgotna, pełna wąwozów zwanych barrancos, pokryta laurisilva — starożytnym lasem wawrzynowym, który jest prawdziwą reliktem trzeciorzędu i od 1986 roku objęty ochroną UNESCO. To jeden z ostatnich tego typu lasów na świecie, a spacer przez niego wygląda jak wejście na plan filmowy Jurassic Park — bez dinozaurów, choć z Tymkiem na karku to nie jest takie pewne.
Aurelka przez pierwsze dwa dni była zdecydowanie bardziej zainteresowana dokumentowaniem podróży własnym telefonem niż faktycznym jej przeżywaniem, co jest zapewne symptomem pokoleniowym, ale kiedy znaleźliśmy się na tym klifie i wiatr porwał jej włosy w spektakularny chaos, odłożyła telefon i powiedziała po prostu „wow". Rodzicielskie zwycięstwo na całej linii. Zapisuję i przechowuję.
Tymek natomiast, wierny swoim priorytetom, zapytał czy z klifu można skoczyć do morza. Nie można. Przynajmniej nie w tym miejscu i nie bez sprzętu, który kosztuje więcej niż nasza podróż. Zaproponowałem lody jako substytut adrenaliny — przyjął ofertę z rezerwacją, ale przyjął.
Kuchnia kanaryjska to osobny rozdział, który zasługuje na więcej miejsca niż mam tu w planach, ale kilka rzeczy odnotować trzeba. Papas arrugadas — małe, pomarszczone ziemniaki gotowane w bardzo słonej wodzie i podawane z mojo — to danie, które w opisie brzmi jak żart, a na talerzu smakuje jak objawienie. Mojo rojo (na bazie papryki i czosnku) i mojo verde (z kolendrą i czosnkiem) to sosy, które chciałoby się wwieźć do kraju w bagażu podręcznym w ilościach przemysłowych. Renata próbowała odtworzyć przepis z pamięci już pierwszego wieczoru po powrocie. Wyszło przyzwoicie, ale wyspa czegoś nie zdradziła — pewnie lokalnego powietrza i wulkanicznej wody, których nie da się zabrać w słoiczku.
Bo Teneryfa to przede wszystkim wyspa wulkaniczna. Teide — wulkan, który jest jednocześnie najwyższym szczytem Hiszpanii (3 715 m n.p.m.) i trzecim co do wielkości wulkanem na świecie mierzonym od podstawy oceanicznej — dominuje nad wyspą w sposób, który trudno zignorować. Kiedy jedziesz autostradą i nagle za zakrętem wyrasta ta ośnieżona czapa ponad chmurami, masz przez chwilę wrażenie, że ktoś wkleił ją w krajobraz w Photoshopie. Nikt nie wklejał. Stoi tam od około 170 tysięcy lat i ma pełne prawo do robienia wrażenia.
Wieczory spędzaliśmy spokojniej. Tymek odkrył, że kanaryjskie gekony nawiedzają każdy taras po zmierzchu, i zrezygnował z wieczornego oglądania bajek na rzecz ich obserwacji z latarką — co uważam za jeden z większych sukcesów wychowawczych tej podróży, nieplanowany, ale tym cenniejszy. Renata wypiła chyba każdy możliwy wariant lokalnego wina z odmiany Listán Negro i stwierdziła, że wulkaniczna gleba robi z winem coś, czego nie potrafi żaden inny terroir. Nie będę polemizować — ona ma rację i oboje o tym wiemy.
Żółte okulary wróciły do kraju. Renata patrzyła na nie znacząco przy pakowaniu walizek. Patrzyłem znacząco na nią. Remis, Teneryfo. Do zobaczenia.