Maroko w grudniu, czyli jak czwórka Polaków uciekła przed zimą i prawie nie wróciła

Był grudzień. Za oknem Polska serwowała swój ulubiony zestaw: szarość, błoto i tę specyficzną depresję, którą miejscowi nazywają "aurą". Renata spojrzała na mnie z wyraźnym komunikatem w oczach. Aurelka i Tymek kręcili się po domu, najwyraźniej gotowi na cokolwiek, co nie jest szkołą. Decyzja zapadła sama: pakujemy plecaki i lecimy tam, gdzie słońce jeszcze pamięta o swoich obowiązkach. Kierunek: Maroko.
Marrakesz przywitał nas o zmierzchu — i to przywitanie było jak policzek z ciepłą dłonią. Dosłownie: wyszliśmy z lotniskowego klimatyzowanego chłodu w wieczorną, letnią niemal temperaturę, a nasze oczy zaczęły przetwarzać informacje z wyraźnym opóźnieniem. Różowe mury, szyldy po arabsku, francusku i berberyjsku naraz, stacja Shell obok meczetu, motocykle wszędzie, rowerzyści, piesi — wszystko to porusza się według zasad, które na pierwszy rzut oka wyglądają jak chaos, ale po chwili okazują się mieć swoją dziwną, organiczną logikę. Tymek szedł z miną człowieka, który właśnie wylądował na innej planecie — i całkowicie mu się ona spodobała.
Nocleg trafiliśmy znakomicie. Apartament urządzony w stylu, który można by nazwać "marokański glamour" — ogromna, podkowiasta sofa obiegająca cały salon, złoty stolik, kryształowy żyrandol, ściany w kolorze ciepłego piasku. Typowy marokański salon, czyli *salon marocain*, to instytucja sama w sobie: wielkie kanapy wzdłuż ścian służą jednocześnie jako miejsce do siedzenia, jedzenia, przyjmowania gości i popołudniowych drzemek. Dzieci sprawdziły sprężystość całej sofy metodą naukową — skok testowy z każdego narożnika. Wynik: zaliczone.
Następnego dnia ruszyliśmy w głąb medyny — i tu trzeba uczciwie powiedzieć: marokańska stara dzielnica to nie jest miejsce dla ludzi z potrzebą kontroli. Wąskie uliczki, brak prostych kątów, zapachy przypraw mieszające się z wonią skóry z garbarni i świeżo pieczonego chleba. Zablokowanie przez osiołka objuczonego towarem? Norma. Aurelka stanęła na tarasie riadu i przez dobrą chwilę wpatrywała się w panoramę miasta — morze płaskich dachów, satelitarne anteny jak grzyby po deszczu i gdzieś w tle smukły minaret meczetu. Widok, który trudno zapomnieć, choć Tymek skomentował go filozoficznie: "Dużo tu tych miseczek na dachach."
Kolację zjedliśmy na placu Djemaa el-Fna — sercu Marrakeszu, wpisanym na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. Kelnerzy z pobliskich restauracyjek zapraszają z entuzjazmem godnym lepszej sprawy, ale gdy już usiądziesz, dostają się na stół rzeczy naprawdę warte zachodu. Przed nami pojawiła się harira — gęsta, rozgrzewająca zupa z soczewicy, pomidorów i ciecierzycy, aromatyzowana imbirem i kolendrą — oraz cały korowód małych miseczek z sałatkami: z buraków, marchwi, oliwek, bakłażana. Renata jadła z miną kogoś, kto właśnie zdecydował, że nigdy nie wraca do polskich obiadów. Tymek sprawdzał każdą miseczkę z podejrzliwością agenta FBI. Aurelka zajadała wszystko po kolei z beztroską człowieka, który nie boi się niczego.
Na pobliskim stoisku czekały granaty. Świeży sok z granatu to w Marrakeszu coś tak oczywistego jak u nas soczek w kartoniku — sprzedawcy mają piętrowe stosy tych bordowych kul i wyciskają je na żywo. Granat jest przy okazji owocem bogatym w antyoksydanty, ale nas wtedy interesował głównie smak — słodko-kwaskowaty, intensywny, zupełnie inny niż cokolwiek z polskiego sklepu. Kupiliśmy. Wypiliśmy. Kupiliśmy jeszcze raz.
Wieczorem na głównym placu dzieci trafiły na stoisko numer 28 — jeden z tych kolorowych kramów z sokami owocowymi, przy których obsługa traktuje każdego klienta jak potencjalną gwiazdę Instagrama. Sprzedawcy natychmiast wciągnęli Aurelkę i Tymka za lada, nałożyli im tradycyjne marokańskie czapeczki i urządzili sesję fotograficzną, jakby pracowali dla *Vogue'a*. Tymek wyglądał jak minister spraw zagranicznych w czerwonym fezzie. Aurelka śmiała się do łez. Renata filmowała. Ja płaciłem.
Następnego dnia — Medersa Ben Youssef. To czternastowieczna szkoła koraniczna, jeden z najpiękniejszych przykładów mauretańskiej architektury w całym Maroku. Każdy centymetr ścian pokryty jest rzeźbionym stiukiem, mozaikową *zellidżą* i inkrustowanym cedrowym drewnem — trzy warstwy rzemiosła, trzy wieki cierpliwości. Renata stanęła w bramie i przez chwilę nikt nic nie mówił. Czasem architektura robi tak z ludźmi.
Potem wyjechaliśmy z Marrakeszu. Essaouira — nadatlantyckie miasto wiatrów, białe mury, błękitne okiennice i zapach soli w powietrzu. Słynne z surfingu i z tego, że wieje tu zawsze i wszędzie, bez wyjątku i bez przeprosin. Nasze włosy potwierdziły tę teorię w ciągu pierwszych trzydziestu sekund. Zrobiliśmy sobie wspólne selfie przy murach starego portu — wszyscy czworo, z wiatrem w roli głównej. Selfie wyszło doskonale, o ile ktoś lubi zdjęcia, na których połowa rodziny wygląda jak po skoku z samolotu.
Na plaży w Essaouirze Renata i Aurelka wsiadły na wielbłąda. Wielbłąd — a właściwie technicznie dromader, bo jednogarbus — wyraził swoją opinię na ten temat posapywaniem i spojrzeniem pełnym rezygnacji, które rozumiemy wszyscy, którzy mają dzieci. Obie dały kciuka w górę. Dromader nie skomentował.
Quad na pustyni pod Agadyrem, kanion gdzieś w Atlasie, skały z ochrowym piaskiem w tle — Maroko okazało się krajem o niezdrowej wprost różnorodności krajobrazów. Renata prowadziła quada