La Palma, czyli jak zabrać dzieci na wulkan i przeżyć

La Palma, czyli jak zabrać dzieci na wulkan i przeżyć

Były takie ferie zimowe, po których wracasz do domu z czarnym piaskiem w butach, obtartymi kolanami i absolutną pewnością, że zrobiłeś coś właściwego. Nasze ferie zimowe z Renatą, Timim i Auri wyglądały właśnie tak – i nie zamieniłbym ich na żaden all-inclusive z basenem w kształcie nerki.

La Palma to najmniejsza z czterech głównych Wysp Kanaryjskich i zdecydowanie najbardziej niedoceniana. Podczas gdy turyści tłoczą się na Teneryfie i Gran Canarii, ta zielona, wulkaniczna wysepka na północnym krańcu archipelagu spokojnie trwa sobie w swojej fantastycznej odrębności. Nazywają ją „La Isla Bonita" – i nie, Madonna nie miała tu na myśli żadnej innej wyspy. Kiedy zobaczyłem po raz pierwszy ten krajobraz – czarne pola lawy, pinie kanaryjskie strzelające w niebo i chmury leżące gdzieś daleko w dole – pomyślałem, że ktoś tu musiał poważnie przesadzić z kreatywnością przy projektowaniu natury.

Zaczęliśmy od południa wyspy, od szlaku przez Ruta de los Volcanes – trasy biegnącej przez strefę wulkaniczną Cumbre Vieja, gdzie jeszcze w 2021 roku erupcja wulkanu Tajogaite skutecznie przypomniała światu, że La Palma to nie dekoracja. Szliśmy po czarnym pyle wulkanicznym między sosnami, które wyglądały tak intensywnie zielono na tle czerni, jakby ktoś właśnie podkręcił nasycenie kolorów w Photoshopie. Auri doszedł do wniosku, że to Mars, i trudno było mu odmówić racji. Timi natomiast – z charakterystycznym dla siebie wyrazem twarzy łączącym skupienie z lekkim znudzeniem – stwierdziła, że wulkan „mógłby być większy". Dziękujemy za recenzję.

Na tym samym szlaku przywitali nas tubylcy – dwa kruki, które podeszły do nas z miną zawodowych negocjatorów. Kruk kanaryjski, czyli Corvus corax tingitanus, to podgatunek zamieszkujący zachodnią część basenu Morza Śródziemnego i Wyspy Kanaryjskie. Jest inteligentny, bezwstydny i doskonale wie, że plecak z kanapkami nie jest żadną tajemnicą. Jeden z nich miał w dziobie kawałek czegoś podejrzanego i patrzył na nas z wyraźną wyższością. Sfotografowałem go, bo na to zasługiwał.

Z kolei na północy wyspy weszliśmy na Roque de los Muchachos – najwyższy punkt La Palmy, 2426 metrów nad poziomem morza. To jedno z tych miejsc, gdzie góra kończy się nagle i robi się przepaść, a ty stoisz na krawędzi i patrzysz w dół na kaldery Caldera de Taburiente, która ma w przekroju dziewięć kilometrów i wygląda jak coś wyciętego przez jakiegoś boga z nudów. Renata i Timi zrobiły sobie zdjęcie na szczycie z miną zdobywczyń, które właśnie załatwiły Himalaje. I słusznie – bo podejście z plecakami przy wietrze kręcącym się jak w tunelu aerodynamicznym to nie była wycieczka po parku. Warto wiedzieć, że na Roque de los Muchachos mieści się jedno z najważniejszych obserwatoriów astronomicznych na świecie – Obserwatorium Astrofizyczne Roque de los Muchachos. Powód? Minimalne zanieczyszczenie świetlne i wyjątkowa przejrzystość atmosfery na tej wysokości. W nocy podobno widać tu gwiazdy tak wyraźnie, że można poczuć się niepotrzebnie małym człowiekiem.

Czarny piasek na plażach to osobny rozdział tej wyspy. Dotknąłem go bosymi stopami i był dokładnie taki, jak wygląda – drobny, bazaltowy, ciemny jak ekspresso. Plaże La Palmy to nie miejsca do opalania z kieliszkiem sangrii w dłoni – to dzikie, wietrzne miejsca, gdzie fale tłuką o skały z całą atlantycką powagą, a za plecami masz czerwone i szare kliffy warstwy po warstwie, jak przekrojony tort geologiczny sprzed milionów lat. Renata, Timi z bambusowym kijem i Auri w roli asystenta wiatru – tak wyglądała nasza wizyta na jednej z dzikich plaż na północy wyspy. Kij bambusowy znaleziony na plaży spełniał przez resztę dnia funkcję laski, włóczni oraz ogólnego rekwizytu do dramatycznych gestów.

Zielone płuca wyspy – laurisilva, czyli las wawrzynowy, wpisany na listę UNESCO jako relikt flory sprzed epoki lodowcowej – przywitał nas deszczem. Mocnym deszczem. Foliowe peleryny kupione gdzieś w drodze za cenę, którą zapamiętam do końca życia, wytrzymały mniej więcej kwadrans, po czym zamieniły się w dekorację. Pod wodospadem w okolicach Parku Narodowego Garajonay – przepraszam, ten konkretny wodospad znajdował się na La Palmie w rejonie Los Tilos – staliśmy przemoczeni i śmialiśmy się, bo co innego można robić, gdy przyroda ewidentnie się z tobą droczy. Renata wyglądała jak pogodny duch w niebieskiej pelerynie. Auri twierdził, że jest mu ciepło. Skłamał.

Wieczory spędzaliśmy w Santa Cruz de La Palma – stolicy wyspy, która jest jednym z najlepiej zachowanych kolonialnych miast na Wyspach Kanaryjskich. Drewniane balkony w stylu kanaryjskim, brukowane uliczki, place obsadzone drzewami i – co ważne dla każdego zmęczonego rodzica – stoliki na zewnątrz, przy których można zamówić Doradę Especial i przez chwilę milczeć w pełnym błogosławieństwa spokoju. Timi i Auri demonstrowali przy stole swoje ulubione miny, Renata robiła kciuk w górę, a ja patrzyłem na tę scenę i myślałem: tak, to są najlepsze ferie zimowe, na jakie mnie było stać. Dosłownie i w przenośni.

La Palma nie jest wyspą dla każdego. Nie ma tu wielkich parków wodnych, gigantycznych hoteli ani kolejek do atrakcji dla dzieci. Jest za to lawowe niebo, las z prehistorii, wodospady bez pardonu i kruki, które patrzą na ciebie jak właściciele. Jeśli twoje dzieci zniosą kilkanaście kilometrów dziennie pieszo – a nasze zniosły, choć nie zawsze bez komentarza – to wrócą z plecaka z czarnym piaskiem w butach i historią, którą będą opowiadać w szkole przez tydzień.

Galeria zdjęć