Kuba z trzylatką – bo przecież nie ma co czekać, aż urośnie

Kuba z trzylatką – bo przecież nie ma co czekać, aż urośnie

Są rodzice, którzy mówią: „Poczekamy, aż będzie starsza i coś zapamięta." My z Renatą powiedzieliśmy: „Aurelka ma trzy lata, leci z nami na Kubę." I tak właśnie się stało.

Pierwsze selfie z tej wyprawy zrobione jest w samolocie. Renata w różowej bluzie, Aurelka z nieodłącznym wyrazem twarzy człowieka, który właśnie odkrył, że siedzenie w samolocie jest dużo lepsze niż cokolwiek dotąd znała. Ja robię zdjęcie i czuję mieszaninę entuzjazmu z lekkim przerażeniem – przed nami kilkanaście godzin podróży z dzieckiem, które spokojnie potrafi siedzieć przez maksymalnie osiemnaście sekund. Na jednym z lotnisk w trakcie przesiadki Aurelka rozwiązała problem braku placu zabaw po swojemu: usiadła na nocniku pośrodku sali odlotów i zaczęła bawić się zabawkami. Renata kuca obok z uśmiechem kogoś, kto dawno pogodził się z tym, że rodzicielstwo to permanentna utrata godności w miejscach publicznych. Wstydu nie ma. Jest za to cały wózek bagażu i poczucie, że to dopiero początek.

Kiedy samolot kubańskich linii z napisem „SALIDA" na ściankach zniżył się ku Hawanie, coś się zmieniło w powietrzu – dosłownie i w przenośni. Przez iluminator wpadło inne światło, inne ciepło. Kuba wita się hałasem, kolorem i natychmiastowym poczuciem, że czas tu płynie według własnych zasad.

Z lotniska ruszyliśmy przez Hawanę taksówką – przez przednią szybę patrzeliśmy na błękitny samochód z lat pięćdziesiątych, który spokojnie toczył się przed nami, jakby nie wiedział, że minęło siedemdziesiąt lat. Tak właśnie wygląda kubański ruch uliczny: między wysłużonymi japońskimi busami a rowerami-rikszami co chwila pojawia się coś, co powinno stać w muzeum, a zamiast tego wiezie pasażerów do pracy. Kuba jest prawdopodobnie jedynym miejscem na świecie, gdzie stare buicki i fordy nie są eksponatami, lecz środkiem transportu – utrzymywane przy życiu przez mechaników, którzy z konieczności stali się geniuszami improwizacji.

Hawana uderza w twarz, zanim zdążysz się odezwać. Kolejki przed sklepami, w których nie zawsze jest co kupić. Mężczyźni grający w domino na środku ulicy, podczas gdy obok przejeżdżają bici taxi i wózki konne. Dzieci siedzące na schodach w cieniu odrapanej kamienicy. I muzyka – wszędzie muzyka. Weszliśmy do jednej z knajpek w Starej Hawanie, gdzie zespół w czerwonych koszulach grał son cubano z taką intensywnością, jakby od tego zależało życie. Aurelka stanęła jak wryty. Patrzyła na gitarzystę, który śmiał się szeroko i wygrywał melodię z zamkniętymi oczyma. Potem wzięła do ręki coś, czym można było pobrzękiwać, i dołączyła do kapeli. Nikogo to nie zdziwiło – na Kubie dzieci są wszędzie, a nieznajomi chętnie je biorą na ręce. Jedna z pracownic muzeum morskiego w Hawanie dosłownie przejęła Aurelkę z moich ramion i zaczęła z nią półgodzinną rozmowę – dwie blondy o niebieskich oczach kontra jedna kubańska pani. Wymiana poglądów była ożywiona, choć żadna ze stron nie rozumiała drugiej.

Na placu w centrum Hawany Aurelka natrafiła na grupę kubańskich uczennic w bordowych mundurkach i niebieskich chustkach pionierów. Dzieci na Kubie chodzą w mundurach – kolor oznacza klasę: żółty dla najmłodszych, czerwony dla starszych, niebieska chusta dla pionierów. Dla Aurelki był to jedynie tłum nowych koleżanek do zabawy. Renata kucnęła obok z plecakiem i patrzyła, jak jej córka bez żadnego wahania wchodzi w środek obcego kółka dzieciarni.

Z Hawany pojechaliśmy do Viñales – doliny wpisanej na listę UNESCO, gdzie spośród czerwonej ziemi wyrastają mogotes, czyli strome wzgórza wapienne przypominające zielone grzyby. Tu czas zwolnił jeszcze bardziej. Różowe domy, bougainvillea przy płocie, a przy drodze porzucony fioletowo-biały ford z 1956 roku. Na szlaku przez dolinę Renata szła z Aurelką za rączkę po pomarańczowej ziemi, ja dźwigałem dziecko w nosidełku Deuter na plecach. Aurelka z perspektywy tatusia-krzesła-z-daszkiem obserwowała Kubę spokojnie i z dystansem – jak przystało na małego filozofa.

W gospodarstwie odwiedziliśmy plantację tytoniu. Tu Renata w geście pełnym uroku i absolutnego braku skruchy zapaliła cygaro przy polu kapusty, pośród kur i czerwonej gleby. Na ścianie chaty suszyły się liście tytoniu – Veguero, czyli liście uprawiane w Viñales, to jedna z najbardziej cenionych odmian na świecie. Kuba produkuje cygara od XVI wieku i nie zamierza przestać. Aurelka w tym czasie badała hamak w stodole, wchodząc do niego z miną kogoś, kto właśnie odkrył najlepszy wynalazek ludzkości.

Przez Cienfuegos – eleganckie, trochę zapomniane miasto z kolumniadami i francuskim rodowodem, które zamiast szumieć, tętni leniwie – dotarliśmy do Trinidadu. To miasto, które zatrzymało się w XVIII wieku i postanowiło tak zostać. Brukowane uliczki, dachówki w kolorze ochry i rdzy, dzwonnica kościoła San Francisco de Asís rysująca się na tle zielonych wzgórz. Z jej szczytu Renata z Aurelką oglądały dachy Trinidadu rozłożone jak patchwork. Aurelka wychylała się przez murowany parapet z miną odkrywcy.

W uliczkach Trinidadu natknęliśmy się na grupkę dzieci z balonami. Aurelka stanęła. Dzieci stanęły. Po chwili trwała wymiana balonów, uśmiechów i czegoś, co nie potrzebuje tłumaczenia.

Pod koniec dnia wróciliśmy na plażę Playa Ancón – biały piasek, turkusowa woda, ciepło, które wsiąka w kości. Renata i Aurelka szły brzegiem morza, mokre stopy, kapelusz w czerwone grochy. Nikt nic nie mówił. Było dobrze.

Czy Aurelka zapamięta Kubę? Pewnie nie w postaci konkretnych obrazów czy nazw. Ale może zostanie w niej coś innego – temperament miejsca, ciepło obcych rąk, dźwięk gitary w małej knajpce, smak powietrza o zachodzie słońca nad Trinidadem. Podróż z małym dzieckiem to nie jest wersja okrojona. To jest wersja pełna – głośniejsza, wolniejsza, bardziej rozchwiana i nieobliczalna, ale przez to bliżej życia niż jakikolwiek starannie zaplanowany itinerar.

Wsiedliśmy do czerwonego klasyka – tapicerka w kolorze burgundzkiego wina, Aurelka między nami z miną królowej – i ruszyliśmy z powrotem w stronę Hawany. Kuba odprowadzała nas palmami i czerwoną ziemią, a my patrzyliśmy przez okno na kraj, który nie pędzi, bo nigdy nie musiał się nigdzie spieszyć.

Jedni powiedzą, że to było szalone. Że za małe dziecko, za długa droga, za dużo nieprzewidywalności. Być może. Ale kiedy patrzę na zdjęcie trojga ludzi robiących selfie na czerwonej ziemi Viñales – wszyscy troje uśmiechnięci, za plecami skały i palmy – trudno mi znaleźć argument, który by cokolwiek tu poprawił.

Galeria zdjęć