Hawaje z niemowlakiem: 25 godzin lotu, trzy wyspy i jedna niezniszczalna Aurelka

Hawaje z niemowlakiem: 25 godzin lotu, trzy wyspy i jedna niezniszczalna Aurelka

Są podróże, które planuje się latami. I są takie, które wymagają odwagi innego rodzaju — pakowania pieluszkownicy obok mapy turystycznej i przeliczania buteleczek z papką zamiast przeliczania dolarów. Nasza wyprawa na Hawaje należała zdecydowanie do tej drugiej kategorii. Ja, Renata i dziewięciomiesięczna Aurelka. Dwadzieścia pięć godzin podróży z Polski. Trzy wyspy. I przekonanie, że skoro i tak nie śpimy po nocach, to równie dobrze możemy nie spać na Pacyfiku.

**Oʻahu: witaj w dżungli z wieżowcami**

Pierwsze kroki postawiliśmy na Oʻahu — najbardziej zurbanizowanej wyspie archipelagu, gdzie palmowy raj sąsiaduje ze szklanymi hotelami Waikiki na zasadzie całkowicie nieskrępowanej. Hawaje to stan USA od 1959 roku, ale kulturowo to zupełnie osobny świat — mozaika hawajska, japońska, filipińska i kontynentalna, która wytworzyła własny język, własną kuchnię i własne podejście do życia, skondensowane w jednym słowie: *aloha*. Nie chodzi tylko o powitanie. To filozofia.

Renata szybko opanowała Waikiki wraz z wózkiem i plecakiem, który na zdjęciach wygląda jak element wyposażenia małej armii. Aurelka, zaintrygowana palmami i nową fakturą maty piknikowej na trawie przy Kuhio Beach Park, zachwycała tutejszych przechodniów tak skutecznie, że mama mogła spokojnie zjeść obiad — przynajmniej teoretycznie. W praktyce oczywiście karmiła córkę różową łyżeczką, bo tak to działa.

Weszliśmy na Diamond Head — wygasły wulkan z kraterem, który od 1968 roku jest państwowym pomnikiem przyrody. Trasa na szczyt liczy niespełna półtora kilometra, ale nachylenie i hawajskie słońce robią swoje. Ze szczytu Honolulu rozpościera się jak makieta: gęsty las wieżowców przy plaży, a za nim góry tonące w chmurach. Jeden z tych widoków, który sprawia, że milczysz przez chwilę, nawet jeśli przez ostatnie trzy doby spałeś łącznie cztery godziny.

Po północno-wschodniej stronie wyspy, przy Kualoa Ranch — ranczu, które służyło za plan filmowy między innymi do *Jurassic Park* i *Hawaii Five-0* — zatrzymaliśmy się przy rzeźbie hawajskiego wodza i jego małżonki. Obok stał Tomek z wózkiem, wyraźnie zadowolony, że rzeźba jest wystarczająco wysoka, by zrobić dobre zdjęcie. Aurelka spała. Jak zwykle w najtrudniejszych momentach do sfotografowania.

W pobliżu odwiedziliśmy Byodo-In Temple — replikę jedenastowiecznej japońskiej świątyni buddyjskiej z Kioto, wzniesioną w dolinie Koʻolauu w 1968 roku, dla upamiętnienia setnej rocznicy przybycia japońskich imigrantów na Hawaje. Otoczona stawem i lasem jodłowym na tle wulkanicznych szczytów spowita we mgle wyglądała jak scena z bajki. Aurelka na to wszystko patrzyła wielkimi oczami — albo spała. Trudno powiedzieć, które podejście świadczy o większej mądrości.

**Maui: wulkan, który zjada turystów (i jest tego wart)**

Maui przywitała nas piaszczystymi plażami południa i widokiem wyspy Kahoʻolawe majacej za horyzontem. Ale prawdziwy cios zadał Haleakalā — wulkan, którego szczyt sięga ponad 3000 metrów n.p.m. Wnętrze krateru to krajobraz dosłownie z innej planety: czerwona i czarna lawa, pomarańczowe stożki boczne, chmury przełamujące się o krawędź jak fale. NASA podobno testowała tu łaziki marsjańskie. Nie dziwię się.

Ja z rozłożonymi rękami na tle spieczonej trawy i granatowych chmur — to jedno z tych zdjęć, które mówią "nie miałem pojęcia, że Hawaii wygląda tak jak Namibia". Bo Maui to nie jedna wyspa — to pięć klimatów jednocześnie.

Na zachodnim wybrzeżu przemierzaliśmy drogę przez suche zbocza Maui leeward, gdzie krajobraz zmienia się z tropikalnego na półpustynny w ciągu dwudziestu minut jazdy. Przy czarnej plaży zrobiliśmy sobie selfie — Renata i Tomek, wygrani i zmęczeni jednocześnie, w złotym świetle zachodu słońca. Aurelka spała w pokoju hotelowym, pilnowana przez monitor i oboje rodziców zerkających na telefon co dziesięć minut.

Dolinę Iao i ścieżkę przez wilgotny las zaliczyliśmy z Aurelką przytroczoną do nosidełka. Las deszczowy Maui to gęsta, mroczna historia naturalna — takie miejsca pachną inaczej niż cokolwiek innego na świecie.

**Kauaʻi: koniec świata, który wygląda jak raj**

Kauaʻi to najstarsza z dużych hawajskich wysp i najbardziej dzika. Nie ma tu centrum handlowego, które przekonałoby cię, że jesteś gdziekolwiek indziej. Jest za to Waimea Canyon — "Grand Canyon Pacyfiku", jak nazywał go Mark Twain — z czerwonymi ścianami bazaltu, zielonymi dolinami i wodospadami kryjącymi się za każdym zakrętem.

Renata pozowała na tle kanionu z aparatem przewieszonym przez ramię i wyrazem człowieka, który wie, że to lepsze od biura. Miała rację.

Szlak Kalalau Trail wzdłuż wybrzeża Nāpali to jedna z najpiękniejszych tras pieszych na świecie. Czerwona ziemia, turkusowy ocean, pionowe klify porośnięte zielenią — widok, który sprawia, że zdjęcia wyglądają jak retusz, nawet jeśli nie były retuszowane. Tomek skoczył w kadr z rozłożonymi rękami nad przepaścią i wybrzeżem za plecami. Słuszna decyzja.

Lot helikopterem wieńczący pobyt na Kauaʻi był kulminacją całej wyprawy. Wybrzeże Nāpali z powietrza, wodospady Manawaiopuna wbijające się w zieleń doliny, głębokie kaniony zasłane chmurami — tego nie da się opisać słowami. Można tylko siedzieć przy oknie helikoptera i milczeć.

Aurelka przez całą podróż zachowała się wzorowo — jeśli pominąć kilka epizodów na matach piknikowych, jeden incydent papkowy w restauracji i absolutne przekonanie, że piasek na plaży istnieje po to, żeby go jeść. W tym ostatnim punkcie wykazała się zresztą dużą determinacją — Tomek zdążył ją odciągnąć od kolejnej próby degustacji dopiero w ostatniej chwili, co na zdjęciu z ich cieniami na plaży wygląda jak scena z minimalistycznego filmu artystycznego.

Podróżowanie z niemowlęciem po trzech hawajskich wyspach to logistyczne przedsięwzięcie, które wymaga planowania godnego inwazji wojskowej. Lista ekwipunku: wózek, fotelik samochodowy, nosidełko, plecak z prowiantem, mata piknikowa, krem z filtrem 50, buteleczki, słoiczki, smoczki zapasowe, ręczniki, przebrane ubranka na każdą ewentualność. I jeszcze aparat, bo po co jechać na Hawaje, żeby nie fotografować. Renata dźwigała to wszystko z pogodą ducha, którą daje wyłącznie głęboka miłość do podróżowania lub całkowite wyparcie alternatyw.

Hawaje nie są tanią destynacją i nie ma sensu udawać, że jest inaczej. Nocleg, jedzenie, transport — wszystko kosztuje tu więcej niż na kontynencie. Za to nie ma drugiego miejsca na Ziemi, gdzie na jednej wyspie możesz rano stanąć na krawędzi wulkanu, a po południu zanurzyć stopy w turkusowym oceanie. Gdzie japońska świątynia stoi w cieniu wulkanicznych szczytów i nikt nie uważa tego za osobliwe. Gdzie słowo *aloha* nie brzmi jak slogan turystyczny, bo naprawdę coś znaczy — przynajmniej dopóki trzymasz się z dala od najbardziej zatłoczonych zakątków Waikiki.

Aurelka, zapytana kiedyś o zdanie na temat tej podróży, prawdopodobnie nie będzie pamiętać ani krateru Haleakalā, ani klifów Nāpali, ani czerwonej ziemi Kauaʻi pod stopami taty. Ale my będziemy pamiętać jej minę na macie piknikowej w cieniu palm przy Kuhio Beach — śmiech bez powodu, ręce wyciągnięte w górę, jakby chciała złapać całe to hawajskie niebo. I chyba właśnie o to chodzi. Nie tylko w podróżowaniu.

Galeria zdjęć