Etiopia: kraj, który wywraca świat do góry nogami

Etiopia: kraj, który wywraca świat do góry nogami

Są miejsca, które oglądasz na zdjęciach i myślisz: „kiedyś tam pojadę". A potem jedziesz i rozumiesz, że żadne zdjęcie nie było w stanie oddać połowy prawdy. Etiopia jest właśnie takim miejscem. Przez szesnaście dni — ja, Jarek, jego żona Dorota i nasz niezastąpiony przewodnik Salomon — przemierzyliśmy ten kraj wzdłuż i wszerz, od wysokogórskich płaskowyżów po jedno z najgorętszych miejsc na Ziemi. To była podróż, która potrząsa.

**Addis Abeba: pierwsze zderzenie**

Lądujemy o świcie. Z okna samolotu miasto wygląda jak rozświetlona mapa — tysiące punktów świetlnych rozlane między wzgórzami. Salomon czeka na nas na lotnisku z szerokim uśmiechem, jakby właśnie wrócił z sąsiedniego sklepu, a nie zjechał się na drugą stronę miasta o szóstej rano. Żółto-zielona taksówka z charakterystyczną naklejką firmy przewozowej błyskawicznie wchłania nas w chaos addisabebskiego ruchu. Na rondzie stoi samolot Ethiopian Airlines — prawdziwy, w skali 1:1, jako pomnik. Witajcie w kraju, który robi rzeczy po swojemu.

**Góry Bale: dach Etiopii i wilki, których prawie nie ma**

Park Narodowy Gór Bale to jedno z najlepiej strzeżonych tajemnic Afryki Wschodniej. Płaskowyż Sanetti na wysokości ponad czterech tysięcy metrów to krajobraz rodem z innej planety — wymarznięta trawa, rozrzucone głazy wulkaniczne i rośliny zwane lobelia gigantyczna, które wyglądają jak coś, co uciekło z ogródka Tolkiena. Jarek zatrzymuje się przy jednej z nich i patrzy w górę z miną człowieka, który właśnie zrozumiał, że jest bardzo mały. Ma rację — te rośliny rosną przez dziesiątki lat, żeby osiągnąć kilka metrów wysokości.

Na szczycie Tulu Dimtu — 4377 metrów, drugi co do wysokości punkt Etiopii — stoimy w pięcioosobowym składzie i robimy pamiątkowe zdjęcie przy kamiennej tablicy. Dorota z charakterystycznym dla siebie spokojem macha do obiektywu, jakby wchodziła na Kopiec Kościuszki. Zrozumcie — to jest wybitne osiągnięcie. W drodze powrotnej na płaskowyżu widzimy parę wilków etiopskich, zwanych kaberu. To jeden z najrzadszych psowatych świata — szacuje się, że żyje ich zaledwie kilkaset sztuk. Rudobrązowe sylwetki przemykają przez trawę i znikają. Mam wrażenie, że to był sen.

**Dire Sheik Hussein: meczet na końcu świata**

Osiem godzin jazdy po etiopskich drogach (Google Maps obiecywało pięć — kto to wymyśla?) i docieramy do Dire Sheik Hussein. To muzułmańskie centrum pielgrzymkowe z XIII wieku, wpisane na listę referencyjną UNESCO. Białe, wyprane słońcem budynki z arabskimi inskrypcjami rozciągają się na wzgórzu jak coś wyjętego z zupełnie innego kontynentu. Zostawiamy buty przy wejściu i chodzimy boso po gorącym piasku między kopułami grobowców. Zachód słońca zalewa wszystko ciepłym złotem. Tej nocy śpimy w namiotach na pobliskim polu. Toaleta jest „na zewnątrz". Rozumiecie.

**Dolina Omo: koniec map**

Dolina rzeki Omo to miejsce, gdzie czas płynie inaczej — albo wcale. Ludy Karo, Hamer, Mursi, Dassenech — każde z własnym językiem, estetyką ciała i strukturą społeczną, która nie potrzebuje żadnej zewnętrznej walidacji, żeby istnieć od tysięcy lat. Mężczyźni Karo pokrywają ciała białą glinką w geometryczne wzory i noszą kałasznikowy z taką swobodą, z jaką my nosimy teczki. Kobiety Mursi wkładają w dolne wargi gliniane krążki — znak statusu i piękna, który europejskie oko musi przez chwilę przeprogramować, zanim przestanie reagować zdziwieniem, a zacznie widzieć elegancję. W jednej z chat przy herbacie z tradycyjnych naczyń Jarek przez chwilę wygląda na człowieka, który naprawdę nie wie, co powiedzieć. To rzadki widok.

Dzieci w każdej wiosce otaczają nas z nieodmienną ciekawością i beztroską energią. Selfie z trzydzieściorgiem roześmianych maluchów — to zdjęcie nie wymaga żadnego podpisu.

**Danakil: Mars w Etiopii**

Depresja Danakil to jeden z najbardziej ekstremalnych zakątków Ziemi. Pole hydrotermaliczne Dallol leży 125 metrów poniżej poziomu morza i wygląda jak abstrakcyjny obraz namalowany przez kogoś, kto miał za dużo żółtej i zielonej farby. Siarkowe baseny z wodą w kolorze limonki, rdzawobrązowe formacje mineralne i unoszące się opary tworzą pejzaż, przy którym słowo „surrealistyczny" brzmi banalnie. Temperatura — nie pytajcie.

Jezioro solne Karum o zachodzie słońca zamienia się w lustro bez granic. Stoję na jego powierzchni — a właściwie na skorupie soli, bo to nie jest woda — i skaczę, żeby udowodnić sobie, że to naprawdę dzieje się naprawdę. Fotografia potwierdza: dzieje się.

Noc pod Erta Ale, czynnym wulkanem z jeziorkiem lawy w kraterze, to doświadczenie, które trudno ubrać w słowa. Czerwona poświata, zapach siarki, gorąco bijące od ziemi. Śpimy na materacach pod gołym niebem. Nikt się nie skarży.

**Na koniec**

Etiopia to kraj o ponad trzech tysiącach lat udokumentowanej historii, jedynym afrykańskim kraju, który nie był kolonizowany — Włosi próbowali dwukrotnie i za każdym razem odchodzili z niczym. To kraj, gdzie czas liczy się inaczej (etiopski rok ma trzynaście miesięcy, naprawdę), gdzie kawa pochodzi, gdzie języków jest ponad osiemdziesiąt, a każda dolina skrywa inny świat.

Salomon, bez którego nie dotarlibyśmy w połowę z tych miejsc — dziękujemy. Jarek i Dorota — byliście idealną ekipą. A Etiopia? Etiopia zostaje w głowie na długo.

Galeria zdjęć